20 listopada 2017


Wrześniowy salon samochodowy we Frankfurcie nad Menen nie przyniósł odpowiedzi  na pytanie, jak za kilka lat wyglądać będzie transport drogowy. Atmosferę imprezy zdominowały zawirowania wokół koncernu Volkswagena.

Ryszard Romanowski

Udowodnione przez laboratorium uniwersytetu West Virginia oszustwo polegające na instalowaniu oprogramowania, które w trybie testowym wykazuje normalną emisję spalin kosztem osiągów, a podczas jazdy przełącza się na inny tryb, pozwalający na wysokie osiągi kosztem kilkudziesięciokrotnie wyższej emisji, nie wykazując błędu, rzuciło cień na wizerunek największego producenta samochodów na świecie.

Alfa-Romeo 4100
Alfa Romeo Gulia

Wywołało również wiele pytań i dyskusji. Zastanawiano się czy rzeczywiście w budowie silników o zapłonie samoczynnym zaszły poważne zmiany, czy za ich osiągami stoi manipulacja przy pomocy oprogramowania. Powróciło również pytanie stawiane przed ponad półwieczem przez prof. Witolda Rychtera. Zastanawiano się czy ciecz, z której można otrzymać wiele produktów, warto spalać w silnikach, tym bardziej, że obecnie średni koszt wydobycia dwóch baryłek ropy naftowej wynosi równowartość jednej baryłki i nic nie wskazuje na to, że kiedyś będzie taniej. Problem VW dotyczy silników TDI o pojemności 1,6 oraz 2,0 l zamontowanych w około 11 mln samochodów. Koncernowi grozi w USA kara na poziomie 18 mld USD. Atmosfery nie poprawiła konferencja prasowa BMW, w czasie której jeden z szefów koncernu –  Harald Krueger stracił przytomność podczas prezentacji flagowej siódemki. Wielu uznało to za efekt wieści dochodzących zza oceanu i zapowiedzi, że VW poszedł na tzw. pierwszy ogień, bo podobnymi badaniami zostaną objęte również inne marki.
Tymczasem na stoiskach wystawców roiło się głównie od  SUVów napędzanych silnikami diesla. Auta tej klasy, szczególnie promowanej przez działy marketingu, wprowadziły do swej oferty nawet tak tradycyjne firmy jak Jaguar i Bentley.

 

cały artykuł dostępny jest w wydaniu 10 (97) październik 2015