20 listopada 2017


Czesław Marchaj jest doskonale znany wszystkim, którzy w jakiejkolwiek formie zajmują się żeglarstwem. Pierwsze wydanie jego dzieła „Teoria Żeglowania” ukazało się w roku 1957 i stało się podstawowym podręcznikiem dla żeglarzy i konstruktorów jachtów. Nie wszyscy jednak wiedzą, że życiorys autora mógłby posłużyć za scenariusz sensacyjnego filmu.

Ryszard Romanowski

Urodzony 9 lipca 1918 roku w Słomnikach już od najmłodszych lat uległ fascynacji awiacją, dziedziną dynamicznie rozwijającą się w odrodzonej Polsce lat dwudziestych. Będąc uczniem słynnego gimnazjum im. Rejtana uczestniczył w zajęciach z przysposobienia lotniczego zgłębiając tajniki szybownictwa i podstawy aerodynamiki. Wspominał jak w wieku 16 lat rozpoczął pierwsze loty głównie na szybowcach konstrukcji Antoniego Kocjana. Ówczesna polska szkoła latania polegała na wystrzeliwaniu szybowca wraz z adeptem w powietrze przy pomocy tzw. gumy. Pilotowi nie towarzyszył żaden instruktor więc sam musiał podejmować decyzje. Pierwsze loty trwały około 10 sekund. Było to zbyt krótko aby popełnić poważniejsze błędy. Czas stopniowo wydłużano, a w końcu uczeń mógł odbywać normalne loty startując na holu za samolotem. W jednym z pierwszych poważnych lotów młody Czesław przeżył chwilę grozy. Leciał popularnym wówczas szybowcem Sroka i był holowany przez samolot RWD 8 pilotowany przez ciotecznego brata Janusza Żurakowskiego, pilota, który po latach stał się legendą przestworzy. Warto wspomnieć, że długo po wojnie, w czasach gdy Janusz Żurakowski przestał być pilotem doświadczalnym Avro i zajął się budową łodzi, trwała ożywiona korespondencja pomiędzy nim a Czesławem Marchajem, dotycząca zagadnień hydrodynamiki.

jacht przygoda
... na wody Zatoki
Gdańskiej wypłynął 12,5-metrowy stalowy jacht „Przygoda”

Powróćmy do lat trzydziestych. Krótko po starcie z lotniska mokotowskiego samolot Żurakowskiego przekroczył  bezpieczną prędkość holowania. Szybowiec wpadł w tzw. flatter czyli intensywne drgania skrzydeł, zaledwie 50 m nad dachami Warszawy. Nie było czasu i miejsca na żadne inne reakcje oprócz odczepienia holu. Drgania ustały ale szybowiec niebezpiecznie zbliżał się do dachów. Pilot liczył na prądy wstępujące, które powinny generować rozgrzane dachy i nie zawiódł się. Szybowiec nabrał wysokości, powrócił nad lotnisko i bezpiecznie wylądował.
Fascynacja lotnictwem i aerodynamiką sprawiła, że Czesław Marchaj trafił do Państwowej Wyższej Szkoły Budowy Maszyn i Elektrotechniki im. Wawelberga i Rotwanda, z której pochodziła większość kadry powstającego Instytutu Aerodynamicznego Politechniki Warszawskiej. Po ukończeniu studiów pracował w Instytucie Aerodynamicznym. Prowadził badania samolotów m. in. myśliwca Jastrząb w tunelu aerodynamicznym.
Podczas okupacji Czesław Marchaj ukończył podchorążówkę ZWZ – AK i wykonywał zadania wywiadowcze. Rozpoczął działalność w ruchu Zadruga, czego logicznym następstwem było członkostwo w Stronnictwie Zrywu Narodowego. Zajmował się m. in. kolportażem pisma Zryw. Często wspomniał, że aby wówczas zdobyć środki niezbędne do życia prowadził wraz z kolegami wojnę z opanowanym przez okupanta monopolem spirytusowym. Skonstruowane przez młodą elitę techniczną kolumny rektyfikacyjne zapewniały  odpowiednią ilość wysokiej jakości alkoholu. Przypłacił to krótkim pobytem w areszcie hitlerowskiej policji kryminalnej.
Dopiero podczas wojny zaczął żeglować. Został właścicielem Omegi zbudowanej w stoczni Juliusza Sieradzkiego. Podczas jednego z rejsów po Wiśle został aresztowany i spędził trzy miesiące na Pawiaku niemal cudem unikając obozu koncentracyjnego.
Krótko po wojnie szukając swojego miejsca w nowym kraju i środków do życia trafił na Półwysep Helski. Odnalazł tam porzucone przez Niemców wraki pięciu samochodów marki Steyer. Władze administracyjne bez problemu sprzedały za grosze nienadający się ich zdaniem do niczego złom. W ten sposób młody przybysz z Warszawy stał się przedsiębiorcą transportowym. Nie spodziewał się wówczas jak cenne będą żeglarskie znajomości sprzed lat. Zupełnie przypadkowo spotkał Zbigniewa Szymańskiego, po latach znanego dyrektora szczecińskiej szkoły morskiej. Okazało się, że wtedy był kierownikiem spółdzielni rybackiej, której główny kapitał stanowiły poniemieckie kutry. Głodny kraj potrzebował ryb, a spółdzielnia nie dysponowała żadnym transportem. Sytuację uratowały wyremontowane przez  Marchaja samochody.    


cały artykuł dostępny jest w wydaniu 12 (99) grudzień 2015