23 października 2017


Pisząc niniejszy tekst chciałem przedstawić meandry procesu twórczego, tak związanego z naszym zawodem, lecz również zaangażować czytelników inżynierskiego, a ściślej, konstruktorskiego pisma – życzliwych obserwatorów procesu, który odbywa się tu i teraz, jako entuzjastów wypromowania nowego polskiego wynalazku.

Edward Margański

ETAP IV
Wynalazek zgłoszony do Urzędu Patentowego, czyli za nami bardzo ważny etap, a w niektórych aspektach i okolicznościach wręcz zasadniczy. Rzecz naprawdę działa, korzyści wydają się oczywiste, więc nasze oczekiwania na jasną przyszłość wydają się uzasadnione. Gdzieś tam, w świadomości i wiedzy z życiowego doświadczenia wynika co prawda, że w realiach początku XXI wieku z wypromowaniem wynalazku o takim znaczeniu nie będzie łatwo, lecz próbujemy.
A więc promocja. Mamy przyjaciół zawodowców z branży filmowej (serdeczne dzięki Ojcze Dominiku), którzy za „Bóg zapłać” realizują kilkunastominutową prezentację naszego wynalazku. Prezentację kopiujemy w ponad 150 egzemplarzach, z których około 70 rozsyłamy do wszystkich znaczących firm lotniczych na całym świecie. I co? I nic. No, niezupełnie. Po dwóch tygodniach otrzymujemy odpowiedz z firmy Lockheed, że owszem, otrzymali naszą przesyłkę, ale jej nawet nie rozpakowali, gdyż tego rodzaju materiały docierają do nich co najmniej raz w tygodniu i ich praktyka wykazuje, że czytanie takich materiałów i ich analiza to strata czasu. Że dziękują i owszem, lecz jak robić samoloty to oni sami wiedzą. Koniec? Na pewno koniec pewnych złudzeń. Poddać się? Jeżeli się uważa, że jest się inżynierem przez duże I, to nie wypada. Szlachectwo przecież zobowiązuje. Działamy dalej? Oczywiście, lecz na miarę swych możliwości (przecież musimy prowadzić firmę, realizować w niej inne, być może nie mniej ciekawe tematy, no i po prostu zarabiać na życie). A więc kolejne próby z modelami, kolejne przemyślenia i analizy, a nade wszystko promocja. Promocja w prasie, lecz chyba w większym zakresie osobista promocja w środowisku. W końcu te 80 a nawet 100 płytek (dodatkowe kopie) zostało wręczonych konkretnym osobom.
W każdym razie udało mi się przekonać kolegów fachowców z Instytutu Lotnictwa w Warszawie (a również, co oczywiste, dyrekcję tegoż), że pomysł jest bardzo obiecujący i celowym jest jego rozwój przez zrealizowanie poważnego programu badawczego. Instytut wystosował odpowiedni wniosek do Ministerstwa Nauki w 2009 roku. Wniosek uzyskał bardzo pozytywna opinię trzech ekspertów (10, 8 i 10 na 10 możliwych do uzyskania punktów), lecz do otrzymania dotacji zabrakło dziesiątych części punktów... W następnej edycji tego konkursu gapiostwo kolegi składającego wniosek w imieniu Instytutu było przyczyną odrzucenia go ze względów formalnych... Czyżby więc koniec możliwości uzyskania dotacji rządowych czy unijnych na wsparcie innowacyjnego pomysłu? Mam nadzieję, że nie. Instytut Lotnictwa przygotowuje na najbliższe konkursy jeden lub dwa wnioski i czeka na ogłoszenie naboru na nie. A jaka w tym rola twórcy? Czy można spocząć na laurach i oczekiwać tylko wyników? Oczywiście, że nie. Z jednej strony owe promocje czyli prywatne rozmowy w większym lub szerszym gronie, organizowanie seminariów naukowych na ten temat, czy też…napisanie niniejszego artykułu. Z drugiej zaś biurokracja. Biurokracja od której, żaden inżynier i żaden wynalazca nie ucieknie. Drogi Czytelniku, najczęściej kolego inżynierze. Właściwie tylko Ty, jako autor projektu, możesz najlepiej wyłożyć na kilkudziesięciu (najczęściej) stronach tekstu swoje racje. Wyłożyć na tyle przekonująco, żeby urzędnik, wsparty opinią losowo wybranych ekspertów, przyznał właśnie Tobie pieniądze na realizację Twojego wynalazku. Czy powyższe (wysiłek, zaangażowanie) wystarczy? Przypadek „skrzydełka” wskazuje, że obok merytorycznej wartości wynalazku, poprawności realizacji procedur (to takie modne ostatnio słowo) liczy się w bardzo dużym, a czasami wręcz decydującym, stopniu... szczęście. Czy zgłosiliśmy wniosek do odpowiedniego konkursu, czy nie przeoczyliśmy czegoś, czy...