20 października 2017


Dla mnie brzmiało i dlatego po ukończeniu studiów na Politechnice Śląskiej zapytany w Urzędzie Zatrudnienia w Katowicach, jakiej pracy szukam odpowiedziałem, że chcę być konstruktorem. Była jedna oferta, na szczęście z mojego miasta! I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Podjąłem tę pierwszą pracę w dniu 1.07.1978 roku i spędziłem w tej firmie następnych piętnaście lat.

Jerzy Mydlarz

Na mój wybór zawodu wpłynęła młodzieńcza fascynacja techniką, a w szczególności pojazdami oraz tradycja rodzinna. Mój ojciec był wybitnym inżynierem projektantem, laureatem nagród państwowych. Oprócz tego był też świetnym praktykiem. Potrafił wymontować silnik z samochodu i go naprawić, był również zawodnikiem motocyklowym, i startował w egzotycznej już dziś dyscyplinie motokrosu z wózkiem bocznym.
Ja też chciałem być taki dobry. Wydaje mi się zatem, że środowisko ma wpływ na wybór zawodu konstruktora choć mogą być również inne motywacje.  Podam przykład, mój bliski kolega ze studiów, bez konstrukcyjno–projektowych tradycji rodzinnych, wyemigrował niedługo po studiach do RFN. Początkowo wcale nie chciał być konstruktorem. Jednak intratne propozycje z rynku pracy spowodowały, że poszedł na stosowne kursy i wykonuje ten zawód z powodzeniem po dziś dzień.
Dar konstruowania jest moim zdaniem jednym z bardziej powszechnych. Gdyby tak nie było, cywilizacja techniczna nie mogłaby powstać. Przykładem mogą być sprytnie pomyślane maszyny rolnicze, traktory itp., które budują zwykli ludzie, bo taka jest potrzeba chwili.
Może jeszcze lepszym dowodem na poparcie tej tezy jest fakt, że wielu znanych, wybitnych twórców motoryzacji np. Henry Ford czy Ferdynand Porsche nie miało specjalistycznego wykształcenia w dziedzinach, które uprawiali. Słynny pan Toyoda twórca podstaw potęgi Toyoty, był specjalistą od krosien i innych maszyn tkackich. Ciekawostką historyczną może być fakt, że wielkie korporacje samochodowe stworzone przez konstruktorów wynalazców (czasem samouków) zostały doprowadzone do upadku przez ambitnych finansistów z wykształceniem ekonomicznym. Były szef Porsche, któremu udało się w pewnym okresie zarobić dużo pieniędzy dzięki spekulacjom finansowym, podobno zwykł był wówczas mówić o produkcji samochodów:  „cała ta blacha nie jest nam już potrzebna”. Dzisiejsza sytuacja tej słynnej firmy zdaje się wskazywać na to, że bardzo się pomylił.
Wracając do zawodu konstruktora, wydaje mi się, że zmiany cywilizacyjne doprowadziły do zmian znaczenia tego słowa i pozycji zawodu we współczesnym świecie. Gdy w 1999 roku zmieniłem firmę i przeszedłem z polskiego przemysłu zbrojeniowego do wielkiej amerykańskiej korporacji szybko zrozumiałem, że słowo konstruktor oznaczało tam coś zupełnie innego niż w polskich firmach. Praca konstruktora była tam ograniczona do pracy kreślarza (nawet jeśli pracował w 3D).

największy postęp techniczny dokonuje się w małych firmach, w których myślenie proceduralne nie bierze góry nad ludzką inwencją



Co rysować i jak, mówili Inżynier Produktu i Inżynier Procesu. Analizy MES były realizowane w dziale MES. Wszystkie testy walidacyjne planował Inżynier Testów itd. Jakiekolwiek zmiany w istniejącej dokumentacji wymagały zatwierdzenia za oceanem. W mojej wcześniejszej pracy polski konstruktor odpowiadał za produkt całkowicie tj. za obliczenia, testy, konstrukcję i częściowo nawet za technologię produkcji. Oba rozwiązania organizacyjne tj. krajowe i amerykańskie, mają zalety i wady. Prawdopodobnie, system amerykański, kładący większy nacisk na pracę zespołową (team work), jest bezpieczniejszy dla firmy. Powoduje on jednak coś w rodzaju kastracji konstruktora, sprowadzając go do roli urzędnika żyjącego w sformalizowanym świecie procedur firmowych. Jedynym polem, na którym może on popuścić wodze fantazji zawodowej jest KAIZEN czyli konieczność ciągłego doskonalenia produktu i procesu. Istnieją nawet pewne podobieństwa z racjonalizacją stosowaną w Polsce, ponieważ niektóre nowe koncepcje są premiowane finansowo. Generalnie jednak obowiązywanie zasady 80/20 mocno ogranicza swobodę twórczą. Zasada ta stosowana powszechnie w przemyśle samochodowym zakłada, że w nowym produkcie ma się znajdować 80% sprawdzonego pierwowzoru.
Przyglądając się nowinkom technicznym w periodykach odnoszę wrażenie, że największy postęp techniczny dokonuje się w małych firmach, w których myślenie proceduralne nie bierze góry nad ludzką inwencją. I ta prawidłowość tyczy się tak Polski, jak i reszty świata.
kal_1_sW tradycyjnym polskim systemie też były i zalety, i wady. Jednoosobowa odpowiedzialność za rozległe obszary powodowała rozmaite kłopoty.  Jeżeli konstruktor był natchniony poczuciem misji i fascynował się swoim zadaniem, to często się zdarzało, że miał w pogardzie administrowanie projektem, a jego dokumentacja była czytelna tylko w jego obecności. Proces wprowadzania zmian w dokumentacji kulał w wielu firmach. Ograniczeń twórczych teoretycznie nikt nam nie narzucał, ale praktycznie brak wielu normaliów i nowoczesnych komponentów sam w sobie był wielkim ograniczeniem. Nie mówiąc już o braku dostępu do nowinek, literatury itd. Z tych ograniczeń wynikała jednak jedna pozytywna rzecz. Musieliśmy sobie radzić w zastanej sytuacji. Tak jak dobry fotograf robi dobre zdjęcie w tzw. świetle zastanym. Z tego byliśmy słynni na świecie. I to lubiliśmy pokazywać, że Polak potrafi.
Pewien mój kolega wybierał się na urlop Fiatem 126p. Wyczuwając już przed wyjazdem niewielki poślizg sprzęgła, zapakował do Malucha nową tarczę sprzęgłową, tarczę dociskową i trzpień pozycjonujący. Po tych przygotowaniach ruszył na zachód. Kiedy stare sprzęgło odmówiło całkowicie współpracy, mój kolega spokojnie zjechał na chodnik, wymontował silnik i zaczął odkręcać tarczę dociskową. W czasie tej czynności nadjechał obywatel RFN. Natychmiast zatrzymał swój samochód i chciał pomóc, bo myślał, że koledze silnik wypadł z samochodu. Kiedy po krótkiej rozmowie zrozumiał, że nic złego się nie dzieje i że za chwilę będzie po naprawie, poprosił o możliwość fotografowania wszystkich czynności. Twierdził, że jeśli tego nie zrobi nikt mu nie uwierzy w to, co on widział na własne oczy.
Firmy zachodnie traktują rozwiązywanie problemów znacznie bardziej metodycznie, dostarczając swoim pracownikom wiele narzędzi statystycznych i organizacyjnych, ale dyskusja na temat ich skuteczności to temat na odrębny artykuł (w szczególności, gdyby chcieć dotknąć filozofii i metodologii Six Sigma).

Wspomaganie małych firm dotacjami na ochronę własności intelektualnej pieniędzmi z Unii, przekazuje jedynie władzę od jednych urzędników (korporacyjnych) do drugich (unijnych). Nie mówiąc już o kosztach obsługi biurokracji z tym związanej.


Dziś widać wyraźnie niepokojący odwrót młodzieży od studiów politechnicznych. Powstał nawet koncept zachęt finansowych dla studentów najbardziej pożądanych kierunków. Zastanawiam się dlaczego tak jest? Prawdopodobnie jedną z przyczyn jest fakt, że studia politechniczne są dość trudne i wymagają pewnej dyscypliny. Obecna moda na „wyluzowanie” i wszechogarniająca, obowiązkowa łatwość wszystkiego, do tych studiów na pewno nie zachęca. Być może trochę się to zmieni po przywróceniu matematyce należnego jej miejsca na egzaminie maturalnym.
Co się tyczy przyszłości naszego zawodu to wyobrażam sobie, że zmniejszanie się roli wybitnych konstruktorów–wynalazców dawnego typu jest nieuniknione. Przyczyn jest wiele. Podstawową –  jest kapitalizm korporacyjny, w którym wielkie korporacje nie życzą sobie konkurencji i umieją wpływać na przepisy. Jeżeli pełna opłata za ochronę patentową w ramach Unii kosztuje około 30.000 €, to już niczego nie trzeba wyjaśniać. Samodzielnie pracujący twórca musi być albo bardzo bogaty z domu, albo musi oddać korporacji swój pomysł, na dyktowanych przez nią warunkach.